Japończycy są uznawani są za jednych z najbardziej pracowitych ludzi na świecie. Raporty o liczbie wyrabianych przez nich nadgodzin, okrążające internet zdjęcia japońskich pracowników firm, zasypiających ze zmęczenia w pociągach, czy wiadomości o kolejnych przypadkach śmierci z przepracowania, sprawiły, że przywarła do nich wręcz łatka pracoholików. Z drugiej jednak strony, żywo praktykowana tradycja nomikaiów (飲み会 ) , czyli firmowych spotkań, których głównym celem jest wspólne picie alkoholu, wydaje się całkowicie kłócić z tą łatką. Ale czy na pewno?
Słowo nomikai składa się z dwóch znaków kanji oznaczających kolejno „pić” i „spotkanie”. Pity jest alkohol, głównie piwo, które w Japonii uchodzi za o wiele bardziej „uroczysty” trunek niż u nas –  często wznosi się nim toasty. Ale co w przypadku, kiedy nie lubimy pić alkoholu? Teoretycznie nie musimy go wtedy pić. Ba – teoretycznie nie musimy w ogóle przychodzić, ponieważ oficjalnie nomikaie nie są przeważnie obligatoryjne.
Nie ma to jednak większego znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że nieprzyjście jest często uznawane za niegrzeczne w stosunku do współpracowników, jak również szefa. A jako że większość Japończyków za wszelką cenę dąży do życia w zgodzie z grupą, do której należy, to nawet jeśli wcale nie mają na to ochoty, to najprawdopodobniej nie będą w stanie zdobyć się na odmówienie wspólnej „zabawy”. Nomikai staje się więc na swój sposób kolejnym ze służbowych obowiązków.
Samo spotkanie odbywa się najczęściej w barze izakaya, co ułatwia wytworzenie stosunkowo luźnej i swobodnej atmosfery, jednak nie zmienia to faktu, że, jak praktycznie w każdej sytuacji, która dotyczy japońskiej kultury pracy i nie tylko – tu również uczestnicy muszą pamiętać o różnych regułach i zasadach etykiety.
Jeżeli znajdzie się ktoś, kto z góry wie, że na pewno nie przyjdzie lub na pewno nie będzie pił alkoholu,  powinien o tym jak najszybciej poinformować organizatora. Często catering jest bowiem opłacany z góry. W związku z tym, jeżeli ktoś bez zapowiedzi nie przyjdzie i tym samym „zmarnuje” przypadającą mu część,  bywa to odbierane jako brak szacunku dla pozostałych uczestników.
To samo tyczy spóźniania się – zwykle dopiero, gdy wszyscy się zbiorą, szef lub inna wysoko usytuowana osoba rozpoczyna spotkanie od przemówienia i toastu. Dopóki to nie nastąpi, nie należy niczego pić ani jeść. Sam sposób wykonywania toastów również jest istotny – osoba niżej rangą powinna uważać, aby jej szklanka znajdowała się odrobinę niżej niż szklanka osoby, z którą go wykonuje. Ważne jest także, aby nigdy nie dolewać samemu sobie alkoholu – powinno się polewać tylko innym uczestnikom, kiedy mają już puste szklanki i czekać, aby oni zrobili to samo dla nas.
Z racji tego, że ilości wypitego w trakcie takiego spotkania alkoholu bywają spore, obowiązuje także niepisana zasada „co na nomikaiu, to na nomikaiu” – nie powinno się w jego trakcie robić żadnych zdjęć, kręcić filmów lub, po wszystkim, opowiadać historii, które mogłyby wpłynąć negatywnie na reputację któregoś z uczestników.
Niemniej – nieważne jak bardzo szalona była to noc i ile w sumie  butelek piwa lub innego alkoholu się wypiło – jeżeli na drugi dzień znów trzeba iść do pracy – nie ma przebacz. Nikt nie zaakceptuje przesadzenia z „zaangażowaniem” w nomikai jako wymówki, gdy w grę wchodzą (kolejne) służbowe obowiązki.
A co Wy sądzicie o tego typu spotkaniach? Czy taka, na swój sposób, „obowiązkowa” zabawa, to Waszym  zdaniem wciąż zabawa, czy może już jednak obowiązek?
Agata Krukowska