Jednym z pierwszych określeń, które przychodzi na myśl większości osób po zadaniu pytania, o cechy wyróżniające Japończyków, jest ich pracowitość.  Gdzieś tam z tyłu głowy mamy obraz tego zabieganego, wystrojonego w garnitur, pracownika firmy, który zasypia ze zmęczenia w pociągu.  Okazuje się, że to zabieganie z powodu pracy rozpoczyna się w Japonii jednak na długo przed faktycznym zatrudnieniem. Ma nawet swoją własną nazwę – shūshoku katsudō (就職活動), czyli tzw. „job hunting”.

Rozmowy o pracę również u nas stanowią normę na drodze do zdobycia zatrudnienia. W Polsce jednak sami możemy zdecydować, kiedy na taką rozmowę chcemy się wybrać. I nie dotyczy to jedynie rozmów o prace dorywcze, lecz również o te umożliwiające zdobycie stałego zawodu. Sami wybieramy, kiedy chcemy zająć się szukaniem pracy. Jedni robią to od razu po ukończeniu szkoły, inni zaraz po zakończeniu studiów, jeszcze inni czekają ze znalezieniem stałego zatrudnienia nawet kilka lat od zdobycia dyplomu. A nawet jak już się znajdzie to jakieś „stałe zatrudnienie”, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je po jakimś czasie jednak zmienić. W Japonii jest generalnie odwrotnie.

Większość japońskich firm rekrutuje nowych pracowników tylko przez jeden okres w roku. Jego kulminacja przypada na kwiecień i maj – czyli pierwsze miesiące nowego roku akademickiego.  Informacja ta jest o tyle istotna, iż to właśnie głównie studentów, a konkretniej studentów ostatniego roku studiów licencjackich dotyczą te rekrutacje. Japońskie firmy zdecydowanie faworyzują osoby, które chcą rozpocząć pracę natychmiast po zakończeniu studiów. Dlatego też studenci ostatniego roku z tak dużym wyprzedzeniem udają się na pierwsze rozmowy, chcąc zaklepać sobie możliwie jak najlepszą posadę. Gdyby poczekali z udaniem się na rekrutację do zdobycia dyplomu, pocałowaliby klamkę – wszystkie pozycje w większości dobrych firm już dawno byłyby zajęte, musieliby czekać kolejny rok, by ponownie próbować znaleźć pracę.

Jednak nawet wtedy okazałoby się to o wiele trudniejsze niż już zwykle jest – otóż Japonia bardzo ceni sobie wykształcenie, przy czym dla większości pracodawców najlepszy absolwent, to świeżo upieczony absolwent. Jeżeli ktoś nie zdobywa żadnego zatrudnienia od razu po ukończeniu studiów, dla wielu pracodawców świadczy to o niewystarczających umiejętnościach danej osoby – kompletnie ignorują pozostałe milion możliwości, jak choćby fakt, że ktoś po prostu mógł chcieć sobie dać rok oddechu.  I dlatego wiosna na ostatnim roku studiów to dla większości istne być albo nie być.  Całe tłumy studentów, ubranych w identyczne, eleganckie, czarno-białe stroje, chodzą od jednej firmy do drugiej. Często rekrutacje odbywane są w grupach – wtedy rywalizacja staje się już całkowicie bezpośrednia. Ten kto najlepiej zaprezentuje się komisji – wygrywa, pozostali szukają dalej.

Dobre zaprezentowanie się nie polega jednak na samej manifestacji swoich atutów – dobre zaprezentowanie się, to swego rodzaju rozgrywka – rozgrywka z mnóstwem reguł podyktowanych przez japońską kulturę pracy. Jeżeli ktoś rozegra wszystko zgodnie z regułami ma o wiele większą szansę na zdobycie pracy – do największych poszkodowanych danej, dobrze rozegranej, rozgrywki można jednak zwykle zaliczyć indywidualizm rekrutowanej osoby.

Większość młodych Japończyków jest jednak zdecydowanych, żeby grać w tę grę za wszelką cenę – jednym z głównych tego powodów jest fakt, że gdy ktoś już znajdzie stałe zatrudnienie, zwykle zostaje w danej pracy aż do emerytury. Zmienianie zawodu jest tam bowiem w większości przypadków skrajnie nieopłacalne.  Dlatego też młodzi studenci wychodzą ze skóry, żeby móc zaklepać sobie posadę w jak najlepszym miejscu. Wiedzą, że jeśli im się nie uda, jest duża szansa na to, że później będzie już tylko trudniej.

I tak spędzają długie tygodnie, na stresie i frustracji, w nadziei, że w końcu zadzwoni ich telefon i jeśli nie ktoś z ich wymarzonej firmy, to przynajmniej ktoś z  którejkolwiek z pierwszych 20 firm zadzwoni do nich z informacją, że dostali pracę. Trzymajmy za nich wszystkich kciuki!

Agata Krukowska