Jakiś czas temu wertowałam Netflixa w poszukiwaniu czegoś nowego do oglądania. Zaczęłam wpisywać hasło “japońskie”, a w polecanych tytułach szybko pojawiło mi się kilkanaście pozycji – wśród nich znajdowała się jedna z nielicznych serii anime, która swego czasu poruszyła mnie do łez. Historia w niej opowiedziana miała miejsce pewnego upalnego lata – pomyślałam więc, że to idealny moment, żeby polecić ją wszystkim, którzy nie mieli jeszcze okazji się z nią zapoznać.

Anime, o którym mówię, to Ano Hi Mita Hana no Namae wo Bokutachi wa Mada Shiranai. (Wciąż nie znamy nazwy kwiatu, którego widzieliśmy tamtego dnia) – pamiętam, że gdy jeszcze nie myślałam nawet o nauce japońskiego, tytuł ten wydawał mi się absolutnie niemożliwy do wymówienia i zapamiętania. Dla wielu innych osób też to chyba był problem, bo ostatecznie zyskała popularność skrócona wersja tytułu, czyli Anohana  (Tamten kwiat). Dla ułatwienia będę korzystać z tej wersji również w tym poście.

Poniżej od razu trailer 🙂

 

 

Anohana opowiada historię nierozłącznych w dzieciństwie przyjaciół, których drogi rozeszły się po tragicznej śmierci jednej z osób z ich grupy. Po latach duch zmarłej dziewczynki zaczyna niespodziewanie “nawiedzać” jednego ze swoich dawnych przyjaciół. Okaże się, że będzie to miało olbrzymi wpływ na relacje całej grupy.

To, co podobało mi się w tej serii najbardziej, to to, że wszyscy jej bohaterowie byli bardzo nieidealni. Każdy z nich miał jakieś wady, jakieś problemy, każdy z nich popełnił jakieś istotne błędy – nie byli w żaden sposób niezwykli i dzięki temu o wiele łatwiej można było się z nimi utożsamić. To nie była kolejna seria o, jedynie na pierwszy rzut oka, zwyczajnych nastolatkach – takich, którzy w drugim odcinku okazywali się się wybrańcami, mającymi ocalić świat. To nie była też seria o niezachwianej mocy miłości i przyjaźni – to była seria o ludziach – zarówno o ich wzlotach, jak i upadkach.

Wszystkiemu towarzyszyła bardzo przyjemna dla oka oprawa graficzna oraz, moim zdaniem, niesamowicie nostalgiczna muzyka. Szczególnie opening – utwór Aoi Shiori autorstwa Galileo Galilei – aż do dziś wywołuje u mnie to dziwne uczucie poruszenia i niezidentyfikowanej bliżej tęsknoty.

Anohanę polecam absolutnie wszystkim fanom serii z kategorii okruchów życia, ale też wszystkim, którzy lubią na pozór zwyczajne, ale niezwykle wzruszające w swojej prostocie historie.  Dajcie znać, czy oglądając rozkleiliście się, tak jak ja ;).

A jaki tytuł Wam jako pierwszy przychodzi na myśl, kiedy mowa o japońskich wyciskaczach łez?

 

Agata Krukowska