WWOOF

Czas na przedstawienie drugiej organizacji, która umożliwia wolontariat, ponownie – nie tylko w Japonii, ale na całym świecie. Jest to Weekend Workers On Organic Farms, w skrócie WOOF. Każdy jej oddział ma oddzielną stronę www, dla Japonii to będzie: www.wwoofjapan.com.

Wyjechać mogą osoby powyżej 16 roku życia. Długość wyjazdu – minimum 3 dni, maximum chyba nie ma, ale nie widziałam dłuższej opcji niż rok 😊

Wolontariat dla WOOF również jest bardzo różnorodny, z tym że w ich przypadku większość hostów, jak sama nazwa organizacji wskazuje, to gospodarstwa ekologiczne, choć nie tylko. Ja pracowałam w pensjonacie w górach, restauracji, piekarnio-ciastkarni i po prostu w ogródku u prywatnych osób.

W tamtym czasie szczerze mówiąc nie byłam zainteresowana ani rolnictwem, ani ekologią, więc starałam się trafić wszędzie, tylko nie do gospodarstwa ekologicznego właśnie. Więc jeśli martwisz się, że nie nadajesz się do „pracy na roli”, czy po prostu boisz się, że nie podołasz fizycznie takiej pracy, to nie jest to żaden problem, naprawdę jest w czym wybierać, od pracowni ceramicznej czy farbiarskiej, przez sklepy z organiczną żywnością po szkoły językowe i centra edukacji ekologicznej.

                                                           Zbieranie ogórków wcale nie było takie trudne 🙂

Jak wyjechać?

 Żeby otrzymać dostęp do bazy hostów, czyli miejsc, które mogą Was przyjąć, trzeba zostać członkiem tej organizacji. 18-miesięczne członkostwo to koszt 5500 jenów, czyli około 200zł, zaś sam pobyt u hostów nic nie kosztuje. Można zapłacić przez PayPala albo po prostu przelewem zagranicznym.

Po zaksięgowaniu pieniędzy wysyłana jest Wam karta członkowska z numerem, który potem trzeba wpisać w formularzu osobowym. Wypełnienie tego formularza trochę Wam zajmie, jest dość szczegółowy, uwzględnia preferencje żywieniowe, motywację, a nawet wzrost i wagę! Co do tych dwóch ostatnich to nie trzeba ich wpisywać, jakby co 😊

Dokładność formularza bardzo pomaga przy dobieraniu się hostów i wolontariuszy – bo musicie wiedzieć, że hostowie mają do wypełnienia jeszcze bardziej szczegółowy formularz. Opisują w nim nie tylko rodzaj i miejsce pracy, ale wpisują czy są palący, czy nie, ile osób, jakiej płci i w jakim wieku liczy gospodarstwo domowe, na co może liczyć wolontariusz poza „podstawą” – czyli czy host będzie miał na przykład czas podwieźć wolontariusza do lokalnych atrakcji.

Często będzie tak, że nie będziecie jedynymi wolontariuszami u danego hosta.

Oczywiście jest zaznaczone, czy host mówi po angielsku, czy nie. Jeśli nie mówicie po japońsku albo dopiero się uczycie, nie jest to większą przeszkodą, hostów mówiących po angielsku jest całkiem sporo. Ba, można się natknąć na hostów obcokrajowców lub mieszane małżeństwa.

Dzięki temu macie pewność, że np. jadąc do pracy w sadzie jabłek nie okaże się, że może to i sad, ale takiej wielkości, że i 10 wolontariuszy go nie obrobi, a hosta w zasadzie widzicie tylko rano i wieczorem, spędzając samotnie dni na zbieraniu jabłek. Oczywiście pewnie są ludzie, którym taka praca by odpowiadała, chodzi natomiast o to, żeby jak już jedziecie na takie wyjazd, „wziąć” z niego jak najwięcej i się nie rozczarować. W końcu bilet lotniczy swoje kosztuje.

Zasady

Na stronie WOOF jest jasno napisane, że jest to wolontariat i nie ma żadnej pieniężnej wymiany. Natomiast słyszałam o przypadkach, gdy wolontariuszom oferowane jest wynagrodzenie. W jednym przypadku był to właśnie taki ogromny sad, gdzie praca była od rana do wieczora. Host chyba założył, że przy tak ciężkiej pracy nie da mu się „zwabić” osób, które pracowałyby za darmo. Natomiast od wolontariuszki, która tam pracowała słyszałam, że pieniądze były marne, a atmosfera żadna, więc nie dajcie się zwabić. Jak ktoś chce pojechać do Japonii i zarobić, zawsze może skorzystać z programu Working Holiday.

Kolega hosta zabrał mnie do salonu pachinko. Sama nigdy nie odważyłabym się wejść. I nawet wygrałam:)

Teoretycznie wolontariusze pracują nie więcej niż 6 godzin dziennie, ale raczej u każdego hosta są inne zasady, niektórzy nawet podają, jak wygląda dzienny grafik od rana do wieczora włączając w to posiłki. Pamiętajcie – wszystko zależy od tego, jakiego hosta wybierzecie i jak się z nim dogadacie.

Omówię teraz pokrótce 4 miejsca, w których pracowałam jako wolontariuszka.

Ogród starszego małżeństwa – Akashina w Nagano

 Na moje pierwsze miejsce wybrałam najbardziej lajtową opcję, jaka była. Pomagałam starszemu małżeństwu w pracach ogrodowych. Mieszkali oni na wsi, w dość odległym od cywilizacji miejscu, w starym japońskim domu. Ogród składał się z części warzywnej i położonego dalej pola.

Pracowaliśmy w ich tempie, więc nigdy nie było zbyt ciężko: pieliliśmy, sadziliśmy, grabiliśmy. W południe był podwieczorek i drzemka, popołudniu kończyliśmy około 17:00, po czym szykowaliśmy kolację. Wieczory i weekendy miałam dla siebie. Czasem hostowie zabierali mnie gdzieś, raz pojechałam sama pociągiem do pobliskiego miasta Matsumoto. Nocowałam w jednym z wielu, całkiem przestronnych tradycyjnych japońskich pokoi. Spędziłam u nich 3 tygodnie i parę lat później znowu tydzień.

 

Pensjonat wśród gór – Haramura w Nagano

Drugie miejsce to pensjonat w Południowych Alpach Japońskich, w takiej „pensjonatowej wiosce” (były tam tylko pensjonaty, park i sklep) Haramura. Moja praca polegała na pomaganiu przygotowywania śniadania i obiadokolacji dla gości oraz na sprzątaniu pokoi oraz łazienki. Nocowałam w pokoju na poddaszu, który pierwotnie pełnił chyba funkcję składziku. Był niewielki, miał skośny dach, więc nie dało się w nim normalnie stanąć i bardzo gorący i duszny w trakcie dnia. Ale przynajmniej dali mi wiatrak.

Mój dzień wyglądał mniej więcej tak:

– 7:00 pomoc przy śniadaniu

– 9:00 śniadanie wolontariuszy (była nas trójka)

– 10:00-13:00 sprzątanie, pomaganie w zakupach

– 13:00-16:00 czas wolny, lunch

– 16:00 przygotowania do obiadokolacji dla gości

– 18:00 kolacja wolontariuszy

Tak jak poprzednio, miałam dni wolne, ale szczerze mówiąc wszędzie było stamtąd daleko, a hostowie zajęci, więc dalszej okolicy jakoś szczególnie nie zwiedziłam. Często za to chodziłam na spacery, bo bliska okolica była naprawdę przepiękna. Pamiętam, że zdarzyło mi się nawet pójść wieczorem na pokaz jakiegoś filmu w kinie pod chmurką w parku. Spędziłam tam w sumie 3 tygodnie.

Pizza na górze – Yufuin na Kiusiu

Trzecie miejsce to włoska restauracja Kunugi no Oka w Yufuin – turystycznej miejscowości na wyspie Kiusiu. Pizzeria mieściła się na szczycie góry z przepięknym widokiem, co było urocze, ale trochę utrudniało zwiedzanie. W tym samym budynku, co restauracja mieścił się dom hostów. Ja mieszkałam w wybudowanym na potrzeby wolontariuszy małym, drewnianym budyneczku obok. Łazienka i toaleta były w głównym budynku.

Praca w restauracji odbywała się na dwie zmiany 9:00-13:00 i 15:00-19:00. W środku była przerwa na lunch dla staffu. Na początku zaproponowano mi pracę na jedną zmianę, ale byłam trochę nadgorliwa i powiedziałam, że co tam, ja to na dwie dam radę. Potem trochę żałowałam, bo okazało się, że praca jest dość ciężka, wciąż na nogach, a jak klientów dużo, to nie było czasu na odpoczynek.

Moja praca polegała na sprzątaniu przed przyjściem gości, myciu i krojeniu warzyw do sałatek, sprzątaniu stołów gdy goście skończyli posiłek, a gdy był duży ruch, przyjmowałam też zamówienia.

Było to zdecydowanie najbardziej „zajęte” miejsce, w którym pracowałam. Za to kilkunastoosobowy zespół był niesamowicie zgrany, właściciele przemili i szczerze mówiąc przyjemnością było z nimi pracować i być częścią ich drużyny. Właściciele, małżeństwo z małym synkiem, w wolnych chwilach jeździli ze mną na wycieczki, do gorących źródeł, do krewnych. Raz nawet z częścią zespołu zdobyliśmy pobliski szczyt. W wolne dni podwozili mnie do miasta i umawialiśmy się, o której mnie odbiorą, i mogłam spacerować, gdzie mi się podobało.

 

Z tym pobytem mam związanych najwięcej wspomnień, odbyliśmy dużo ciekawych rozmów, wieczorami hostowie zapraszali mnie do siebie do salonu, gdzie wspólnie oglądaliśmy filmy studia Ghibli. Naprawdę miało się wrażenie, że było się częścią ich rodziny, dlatego zachęcam Was, żebyście przy wyborze hostów kierowali się raczej tymi częściami opisu, które pokazują, jak hostowie traktują wolontariuszy, a nie tym, czy pracy jest dużo lub czy będzie czas na zwiedzanie. Od razu mogę Wam powiedzieć, że nie będzie go zbyt wiele.

Kozy i ciastka – Awaikeda na Shikoku

Czwarte, ostatnie miejsce, było z kolei najciekawsze. Znowu był to stary, japoński, 100-letni dom, położony w miejscowości Awa Ikeda na wyspie Tokushima. Znowu położony na prawie totalnym odludziu, u stów góry, otoczony bambusowym lasem. Przy domu był spory ogród warzywny, zagroda z kozami oraz piekarnia. Właścicielami było starsze małżeństwo – mąż był piekarzem i cukiernikiem, a żona doglądała gospodarstwa.

Moja praca była bardzo różnorodna: karmiłam kozy, pomagałam w ogrodzie, czasem pozwolono mi pomagać przy robieniu słodyczy, które później pakowałam i sprzedawałam na stoisku przed supermarketem. Pomagałam mojej gospodyni w zakupach i gotowaniu posiłków, suszyłam na słońcu futony. Praca codziennie była inna, nie było ustalonego grafiku, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Czułam się, jakbym po prostu była córką tych państwa i po prostu z nimi mieszkała.

Gospodyni wręcz martwiła się, że „u nich na wsi nic nie zobaczę” i jak tylko nadarzyła się okazja, wysłała mnie do pobliskiej atrakcji turystycznej, doliny Iya, znanej z bardzo błękitnej wody w rzece, która przez nią przepływa oraz ze zwisającego mostu.


Podsumowanie

Podsumowując: obie organizacje, WWOOF i NICE organizują wolontariaty o dość podobnej tematyce: natura, ekologia, edukacja. Różnica jest taka, że z NICE wyjedziecie na zorganizowany obóz, gdzie czas będzie raczej mocno zaplanowany i gdzie spotkacie z pewnością innych wolontariuszy. Natomiast wyjeżdżając za pośrednictwem WOOF będziecie mieli więcej swobody i możliwości dogadania się z hostem co do Waszego planu pobytu. No i jest spora szansa, że będziecie jedynymi wolontariuszami na miejscu, co ma swoje wady i zalety.

Ważna sprawa – oczywiście można wyjechać na taki wolontariat razem ze znajomym/znajomymi, a nawet razem z rodziną! Zwykle hostowie już w opisie podają, ilu wolontariuszy są w stanie przyjąć jednocześnie.

Ewentualne problemy

Myślę, że czytając ten wpis, zauważyliście że to nie były takie wyjazdy typowo turystyczne, w tym sensie, że tak naprawdę mój czas był w pewnym sensie regulowany przez potrzeby mojego hosta. Praca nie zawsze była ustalana na zasadzie sztywnego grafiku. Nie zawsze warunki pracy były dla mnie komfortowe w tym sensie, że np. trzeba było pracować w pełnym słońcu czy poczekać ze swoim posiłkiem aż zjedzą goście.

Oczywiście hostowie byli w tej samej sytuacji. Piszę to po to, żeby przestrzec osoby, które nade wszystko cenią sobie niezależność i własną wygodę, które nie są w stanie nagiąć się ani o centymetr do czyjegoś innego punktu widzenia np. na to, jak dana praca powinna zostać wykonana, które wszystko wiedzą najlepiej. Wolontariat nie jest dla Was! Nie oceniam charakteru, ale wydaje mi się, że po prostu takie osoby będą cierpiały. I nie ukrywam, mnie też zdarzały się sytuacje konfliktowe, gdy ja miałam swoje racje i nie chciałam ustąpić.

Jedna taka sytuacja miała miejsce na obozie na Hokkaido. Miałam jechać z moją grupą na 3-dniowy wyjazd w góry. Jednym z obowiązkowych elementów ekwipunku miały być nieprzemakalne spodnie, które były też zresztą na liście rzeczy do zabrania na workcamp. Przywiozłam ze sobą takie ortalionowe, sztywne, naprawdę nie przepuszczające niczego. Problem polegał na tym, że chodząc w takim „plastikowym worku” po górach, jak w banku miałam zagwarantowane, że będę spływać potem. A tak się składa, że mam taką nietypową alergię, że jak coś zjem, a potem się zgrzeję, dostaję pokrzywki. W skrajnym przypadku buzia puchnie mi jak balon i mam wymioty.

No więc dylemat – z jednej strony jako opiekun powinnam dać przykład dzieciom i te spodnie założyć. Z drugiej strony na nic się nie przydam grupie, jeśli po 2h marszu będą musieli mnie ewakuować/czekać aż mi się polepszy. Oczywiście próbowałam wytłumaczyć „głównemu szefowi” obozu, w czym problem, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Nie wiem czy chodziło o to, że nie byłam wystarczająco przekonująca, czy kiepsko coś wyjaśniłam, no bo jak spodnie mają się do alergii?

W każdym razie postawiłam na swoim bez zgody organizatora, co, choć wtedy nie mówiłam dobrze po japońsku, ewidentnie było zgrzytem. Do tego stopnia, gdy na koniec obozu spytałam się, czy będę mogła przyjechać też w przyszłym roku, otrzymałam zgodę, ale pod warunkiem, że „następnym razem założę właściwe spodnie”.

Pamiętajcie – jesteście u hostów gośćmi, oni są u siebie w domu. Żaden obcy nie ma prawa mówić im, jak mają żyć czy pracować.

Czy warto?

 Znacie moją odpowiedź – jakby nie było warto, nie jechałabym na wolontariat aż 7 razy (tak naprawdę to 9, ale to inna historia). Pracując, jedząc i śpiąc (bez podtekstu) z Japończykami, poznałam Japonię lepiej, niż pozwolił mi na to roczny wyjazd na stypendium. Pomijając, że podczas pobytu na stypendium też jeździłam na wolontariat 😊

Dzięki wolontariatowi mogłam nie tylko poznać wielu ludzi, których nigdy bym nie spotkała jako turystka. Miałam przywilej prowadzić z nimi długie rozmowy, wspólnie pracować i po prostu być razem.

Wyjazdy te zaowocowały bardzo długimi przyjaźniami, paru hostów odwiedziłam ponownie, po paru latach, już bardziej jako gość i przyjaciółka.

Myślę, że największa lekcja, jaką otrzymałam na tych wyjazdów, to nastawienie „co będzie, to będzie, a ja i tak będę się dobrze bawić”. W dobie, gdy decydujemy się na miejsce urlopu dopiero po przeczytaniu 20 recenzji danego miejsca i obejrzeniu go z każdej strony na zdjęciach i Google Maps, bo chcemy mieć GWARANCJĘ, że wyjazd się uda, nastawienie, że to, co wyniesiemy, zależy od nas samych, jest bardzo wyzwalające i odświeżające.

Przyznam, że jak przygotowując się do tego wpisu, przeglądałam strony WWOOF i workcamps.pl, to korciło mnie przeglądając ich oferty 😊 Ale póki co rodzina się rozwija, więc plany muszą poczekać.

 

Mój patent na zwiedzanie

Na koniec chciałabym Wam zaszczepić wypróbowany przeze mnie pomysł na podróżowanie po Japonii. Polega on mianowicie na zaplanowaniu wyjazdu w ten sposób, żeby przeplatać wolontariat ze zwiedzaniem. Moim zdaniem doskonale się one uzupełniają. Zwiedzanie uskuteczniacie w dużych miastach, gdzie i tak byście się zatrzymali jadąc do hosta, bo pociągi lub autobusy dalekobieżne jeżdżą od jednego większego miasta do drugiego. Zwiedzacie atrakcje, cieszycie się swobodą, a następnie jedziecie gdzieś na wieś na, powiedzmy, tydzień wolontariatu.

Tak można zwiedzić, jeśli tylko macie czas, całą Japonię – jeżdżąc od hosta do hosta, po drodze zatrzymując się w większych miastach.

Mam nadzieję, że dzisiejszym wpisem trochę odczarowałam mit Japonii jako kraju nieosiągalnego finansowo dla większości. Jeśli jeszcze Was nie przekonałam, zapraszam 13 czerwca na drugą część mojego live’u na FB, „Japonia za grosze – część 2”. Opowiem, jak kupić tanio bilet lotniczy, jak jeść i przemieszczać się z miejsca za takie pieniądze, żeby jeszcze starczyło Wam na pamiątki 😊

Jeśli macie jakieś swoje wypróbowane sposoby podróżowania po Japonii albo jest coś, co pominęłam, będę wdzięczna za zawarcie ich w komentarzach pod postem!