Pewnie większość z Was słyszała o tym, jak to Japończycy radośnie zostawiają swoje telefony i portfele na blacie stołu w kawiarni bez opieki, bo przecież „nikomu w tym kraju nawet by nie przeszło przez myśl, żeby je ukraść, tak tu jest bezpiecznie” – owszem, Japonia słynie ze swojego bezpieczeństwa, ale czy ta sława jest zasłużona? Osobiście powiedziałabym, że tak – nie oznacza to jednak, że przez cały mój pobyt tutaj czułam się całkowicie pewnie i bezpiecznie.

Kiedy więc się tak nie czułam? Na przykład teraz – post ten piszę na kilka godzin przed kulminacyjnym uderzeniem tajfunu Hagibis na Tokio. Od jakichś dwóch dni panuje w moim otoczeniu dosyć napięta atmosfera – niektórzy próbują ją rozluźnić żartami, ale jestem w stanie stwierdzić, że nawet te żartujące sobie osoby są dosyć mocno zaniepokojone obecną sytuacją – wliczając w to rodowitych Japończyków, którzy mają już przecież pewnie kilka tajfunów za sobą.

Prognozy nie są bowiem zbyt optymistyczne.  Poprzedni tajfun, który nawiedził Tokio jakiś miesiąc temu, nie wzbudził aż takiego niepokoju – sama dowiedziałam się o nim dopiero na kilka godzin przed jego uderzeniem – nawet mnie trochę pogonił, podczas mojego pospiesznego powrotu do domu (na szczęście nie zdążył się jeszcze wtedy na dobre rozkręcić, więc tylko porządnie zmokłam, ale nie powtarzajcie mojego błędu – wracanie do domu w towarzystwie rozpędzającego się tajfunu, to bardzo głupi i nieodpowiedzialny pomysł).

Ale o Hagibisie mówi się już od kilku dni. Ze sklepów zniknęły woda, chleb i spora część produktów, które można spożyć bez obróbki termicznej. Odwołano różne wydarzenia, zajęcia na uczelni, zamknięto wiele miejsc. Stanęły pociągi.  Zewsząd przychodzą najróżniejsze ostrzeżenia –  pierwsze pojawiły się już wczoraj, na stacjach, dziś, z kolei, obudził mnie rano komunikat nadawany przez megafon, gdzieś nieopodal mojego akademika.

Znajomi moich znajomych dostali na telefony alerty dotyczące ewakuacji, wszyscy zdają się przygotowywać na najgorsze. Ktoś się mnie zapytał, czy mam okiennice w oknach – nie mam. Ktoś inny doradził mi w związku z tym, żebym zakleiła sobie okna taką specjalną taśmą – jej też nie mam. A teraz to już na pewno nigdzie po nią nie pójdę. Siedzę więc sobie na łóżku, w, mam nadzieję, dosyć bezpiecznej odległości od mojego zasłoniętego firankami okna i trzymam kciuki, że wytrzyma. Niedaleko mnie mam swój skrzętnie przygotowany zapas picia i jedzenia, tuż obok ładuje mi się powerbank, na bieżąco sprawdzam wiadomości.

Gdybym nagle dostała jednak wezwanie do ewakuacji, byłabym w stanie zwiać stąd w przeciągu jakichś 2 minut. Ale biorąc pod uwagę fakt, że do tej pory nie przyszło, to już raczej nie przyjdzie – w końcu wychodzenie na zewnątrz z minuty na minutę staje się tu co raz bardziej niebezpieczne.  Najlepsze, co mogę teraz zrobić, to czekać bez paniki aż wszystko się uspokoi i mieć nadzieję, że nic złego nie  się stanie.

Szczerze mówiąc, to na ten moment jestem dość spokojna. Najwyraźniej mój mózg nie dopuszcza do swojej świadomości faktu, że może zrobić się naprawdę groźnie. Jakoś tak nie dociera do mnie, że cała ta sytuacja dotyczy również mnie – w końcu do tej pory o takich gwałtownych zjawiskach pogodowych słyszałam tylko w różnych wiadomościach, które dotyczyły jakichś bardzo odległych miejsc. Nie ulega jednak wątpliwość, że tajfun, to niesamowicie niebezpieczne zjawisko. Japonia, chodź na co dzień generalnie bezpieczna, w dni takie jak dziś, bynajmniej taka nie jest. A to niestety tylko jeden z wielu rodzajów różnych kataklizmów, które nawiedzają ten kraj.

 

Agata Krukowska