Minęło już praktycznie pół roku od mojego przyjazdu do Japonii. Wydaje mi się, że to wystarczająca ilość czasu, bym mogła wypowiedzieć się o ogólnych aspektach życia tutaj. Mówiąc precyzyjniej, chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć, jak to jest być osobą z zagranicy w Japonii.

Pewnie wiele z Was spotkało się ze stwierdzeniem, że gaijin na zawsze pozostanie gaijinem – że Japończycy nigdy nie będą postrzegać obcokrajowców tak samo, jak innych Japończyków.  Samo to stwierdzenie brzmi mocno pejoratywnie, sugeruje jakiś rodzaj dyskryminacji – moim zdaniem nic bardziej mylnego. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że momentami czuję się tu wręcz faworyzowana, a już na pewno prawie zawsze jestem przekonana, że w razie czego, mogłabym liczyć na taryfę ulgową.

Czy Japończycy traktują mnie inaczej, niż siebie nawzajem? Pewnie tak, bardziej lub mniej świadomie – ale czy coś w tym złego? Kilka razy zdarzyło się, że ktoś komuś zwrócił uwagę, żeby przy mnie nie przeklinał, żebym przypadkiem nie zapamiętała takich „brzydkich słów”. Być może część z Was słyszała również, że nieważne, jak dobrze mówi się po japońsku, Japończycy i tak będą odpowiadać po angielsku – przez tych kilka miesięcy spotkało mnie to może ze 3 razy – głównie w typowo turystycznych miejscach, gdzie ludzie już chyba nawet z automatu przerzucają się na angielski, widząc twarz obcokrajowca.

Wszyscy moi znajomi zdają sobie sprawę z faktu, że zależy mi na szlifowaniu mojego japońskiego, więc dają mi ku temu okazję. Nie używają przy mnie języka na zasadzie „Ty bardzo dobra japoński.  Ja bardzo się cieszyć (i mówić to do wszystkie obcokrajowca)”. Wręcz przeciwnie – starają się mówić naturalnie, wplatać w rozmowę słowa lub wyrażenia, których mogę nie znać, a które są przydatne.  Poprawiają mnie też, gdy powiem coś totalnie bezsensu. Odnoszę wrażenie, że wszyscy są naprawdę szczęśliwi, że postanowiłam się uczyć ich języka i naprawdę chcą mnie w tym wspierać.

Inną rzeczą typową dla bycia studentką z zagranicy, jest przyciąganie uwagi.  Stosunkowo ciężko się tu wtopić w tłum, będąc wyższą od większości kobiet, mając długie, jasnobrązowe włosy, no i oczywiście – nie będąc Azjatką. Przyzwyczaiłam się już do mniej lub bardziej ukradkowych spojrzeń – czasem zdarzy się, że ktoś się nawet uśmiechnie – to miłe. Zdecydowanie mniej przyjemne jest bycie zaczepianą na ulicy.

Kilkakrotnie zdarzyło mi się, że musiałam przyspieszać kroku albo zbaczać z trasy, żeby pozbyć się niechcianego towarzystwa. Szczególnie często zdarza się to w tych bardziej rozrywkowych miejscach, jak Shinjuku, Ikebukuro, czy Akihabara – przyznam szczerze, że do tego ostatniego bałabym się pójść sama po zmroku.

Część Japończyków ma po prostu bzika na punkcie Zachodu, a dokładniej – tamtejszej urody. Czasem ten bzik przybiera  niezbyt fajną postać – mam wrażenie, że można wręcz wskazać punkty, w których ludzie z takim bzikiem czekają na kolejną, przechodzącą osobę z zagranicy, w nadziei, że może któraś w końcu „połknie haczyk”. Ale przykuwanie uwagi ma oczywiście też swoje dobre strony – zdarza mi się słyszeć naprawdę miłe komplementy od nieznajomych osób, mam także wrażenie, że Japończycy bardzo dobrze odczytują moje miny w stylu „okej, nie wiem co teraz robić” i zanim zdążę sama poprosić, już spieszą mi z pomocą.

„Spieszenie z pomocą”, to chyba najczęstsza z japońskich postaw, z jakimi się osobiście spotykam.  Ani razu nie czułam się tu jak intruz, czy jak nieproszony gość. Jeżeli ktoś z Was planuje dłuższy pobyt w Japonii i martwi się, jak to będzie – uważam, że możecie być spokojni.  Wiadomo, że, jak wszędzie, również tu trafiają się mniej fajne sytuacje, ale generalnie bycie gaijinem w Japonii, to, moim zdaniem, super sprawa ;).

Agata Krukowska