Mamy sierpień, sam środek lata – no a jak lato, to oczywiście wakacje! Nie wiem, jak Wy, ale kiedy sama wyjeżdżam na jakiś wakacyjny wypad, mam tendencję do wpadania w tryb „hulaj dusza” i wydawania większej ilości pieniędzy niż zwykle. Podczas mojego pierwszego, zaledwie dziesięciodniowego, pobytu w Japonii (pomimo tego, że nie był to stricte wyjazd wakacyjny), przyszło mi to z niesamowitą łatwością. O ile mój portfel był w stanie wytrwać niecałe dwa tygodnie na tak wysokich obrotach, o tyle jestem pewna, że już dawno bym zbankrutowała, gdybym mój obecny wyjazd również postanowiła spędzić w „trybie wakacyjnym”. Jak pewnie jednak sami dobrze wiecie – Japonia do krajów o najniższych cenach nie należy.  Jak więc żyć tu, nie wydając przy tym mnóstwa pieniędzy? Dziś podzielę się kilkoma swoimi radami.

Pierwszą z nich jest jak najszybsze nawiązanie przyjaźni ze sklepami z serii „Wszystko za 100 jenów”.  Mają tam praktycznie wszystkie rzeczy pierwszej potrzeby – od przekąsek i „dań w 5 minut”, przez kosmetyki, środki czystości,  po pamiątki czy najróżniejsze gadżety do mieszkania, o których nawet jeszcze nie wiecie, że na pewno Wam się przydadzą – i wszystko naprawdę niezłej jakości! Jedyny problem z tego typu sklepami jest taki, że przez to, że wszystko w nich jest takie tanie, łatwo się zagapić i wyjść z dwiema pełnymi torbami zakupów i i tak wydać przez to więcej, niż się planowało (ale wtedy przynajmniej ma się dwie pełne torby super fantów ;))

Druga rada – unikajcie większych zakupów w konbini! Jeśli macie pustą lodówkę i potrzebujecie udać się na większe zakupy – przespacerujcie się do zwykłego supermarketu. Konbini są niesamowicie wygodne, jeżeli akurat macie ochotę na nocną przekąskę, czy butelkę zimnej wody w upalny dzień – ta wygoda wiąże się jednak z podwyższonymi cenami.  Zanim się człowiek obejrzy, można wydać tam naprawdę szalone kwoty – osobiście polecam więc udanie się z listą zakupów do osiedlowego marketu ;).

Wszyscy wiemy, że jedzenie na mieście kosztuje. Najlepszym sposobem oszczędzania na posiłkach, jest więc ich samodzielne przyrządzanie w domu. Nie każdy ma jednak taką możliwość, a przynajmniej nie na co dzień – w takim wypadku polecam stołowanie się w sieciówkach. I nie – nie mam tu na myśli KFC, czy McDonalda ;).  Japonia ma całkiem bogaty asortyment innych fastfoodów – takich z naprawdę smacznymi japońskimi daniami. Do moich ulubionych zaliczają się Sukiya i Matsuya – specjalizujące się w „donach” – czyli daniach „na ryżu w miseczce”.

Z kolei fanom sushi, zamiast zwykłych restauracji, których ceny potrafią być naprawdę szalone – polecam  zapoznanie się z ofertą kaiten sushi (回転寿司), czyli tzw. „obrotowych sushi”.  Nie tylko, moim zdaniem, są one o wiele fajniejsze od zwykłych restauracji (no bo czy może być coś cudowniejszego niż mały shinkansen, przywożący Ci jedzenie do stolika?), ale również o wiele łatwiej można panować w nich nad swoimi wydatkami. W przypadku kaiten sushi zamawia się nie całe zestawy, a pojedyncze talerzyki z kawałkami sushi – zwykle danemu kolorowi talerzyka przypisana jest jedna i ta sama cena.  Dzięki temu można, nie tylko skupić się na wyjadaniu swoich ulubionych rodzajów sushi, ale również kontrolować swój portfel ;).

A Wy macie jakieś swoje triki na codzienne oszczędzanie w Japonii? Jeżeli tak, koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach!

 

Agata Krukowska